NA ZUPEŁNYM HAYU

Znaleźć się na zupełnym hayu to wznieść się możliwie jak najwyżej, na sam szczyt, na Olimp.

Pisząc te słowa w sercu gra mi już nieco zapomniany utwór Budki Suflera, „Cień wielkiej góry" z jego co jakiś czas powtarzającym się pytaniem: Góry wysokie, więc co z wami walczyć każe. Zresztą, ta płyta jest cała hayowa. Padają tam też słowa: Wyszczerbić miecz, by czyste mieć sumienie.

Jezus mówi: wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. J 8, 23.

 

W „Wilku stepowym" Hermanna Hessego pojawia się tęsknota za tym, co w górze, co wielkie i wspaniałe. Autor pisze: Być może życie ludzkie jest tylko okropną pomyłką... Jakąś dziką, chybioną próbą natury...

A może człowiek nie jest tylko na wpół rozumnym zwierzęciem, lecz i dzieckiem Bożym przeznaczonym do nieśmiertelności. O swym bohaterze pisze tak: Harry w czasie młodości, kiedy był jeszcze biedny i z trudem zarabiał na chleb, wolał głodować i chodzić w podartym ubraniu.

Nie sprzedał się dla pieniędzy i dobrobytu, nie sprzedał się nigdy możnym i po stokroć odrzucał

i wykluczał to, co w oczach tego świata było dla niego korzyścią i szczęściem... Umiał unikać tych wszystkich możliwości za cenę wielkich ofiar. W tym trwała jego siła i cnota, w tym był nieugięty, w tym jego charakter był stały i prostolinijny. Tylko, że z tą zaletą wiązała się znów najściślej jego bieda i jego los. Harry nie mógł zdobyć się na lot w wolne przestworza i pozostaje w pętach, przykuty do ociężałej konstelacji mieszczaństwa. Taka jest jego niewola. Ogromna większość intelektualistów i większość ludzi sztuki należy do tego typu. Tylko najsilniejsi z nich przebijają atmosferę mieszczańskiej ziemi i dostają się do absolutu... Jest ich niewielu.

 

Wielu wilków stepowych dręczy cierpienie z braku odpowiednich sił, które pozwoliłyby im przedrzeć się w gwiezdne obszary.

 

 Kopia skan0191

 

W tym świecie wiara nie ma, czym oddychać. Zawsze tak było i zawsze tak będzie, że czas i świat, pieniądze i potęga należą do ludzi małych i płaskich, a do innych, do tych właściwych nic nie należy, oprócz wieczności. Ale to, co nazywamy wiecznością – myślę sobie – my, ludzie o większych aspiracjach, tęsknocie, o dodatkowym wymiarze, nie moglibyśmy w ogóle żyć, gdyby oprócz powietrza tego świata nie było jeszcze innego powietrza do oddychania. Gdyby oprócz czasu nie istniała także wieczność. Ogród Eden, Ziemia Obiecana i Niebiański Raj.

 

Nie jest to droga Buddy Kryszny, czy Mahometa. Tą jedyną drogą do domu Ojca jest Jezus, Gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego, w którym mogliby być zbawieni, ponieważ zbawia tylko Jezus, dlatego Pismo mówi: Kto wezwie Imienia Pańskiego, zbawiony będzie. Ojczyzna nasza jest w niebie. Szukajmy tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, dążmy do tego, co w górze. Kol 3, 1-2.

 

Jezus powiedział: Jeśli was świat nie nienawidzi wiedzcie, że mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli z tego świata, świat by was kochał, jako swoją własność, ale ponieważ nie jesteście z tego świata, bo ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Jan 15, 18-19.

 

Jezus posyłając swoich uczniów mówi: Posyłam was, jak owce między wilki, dlatego bądźcie roztropni, jak węże, a nieskazitelni jak gołębice. Nieraz już w tym życiu czujemy przedsmak nieba. Niejednokrotnie czułem się tak podczas modlitwy, a także pop modlitwie. Dane mi było, że patrzyłem na ten świat, który się niewiele przez czas modlitwy zmienił, ale patrzyłem na Niego już z innego wymiaru, przeżywałem wielką radość, wszystko było piękne, pogodne. Choć nie było to jeszcze to, czego ludzkie oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, a tym bardziej to, co na umysł ludzki nie wstąpiło.

 

Niekiedy przedsmakiem raju bywa też kontemplacja przyrody lub świadome, wzajemne „smakowanie" przebywania z przyjaciółmi. Tak bywało, kiedy spotykaliśmy się i siadaliśmy razem na ziemi, czy na podłodze. I było nam wtedy niezwykle dobrze. I bywało, że inni ludzie, którzy w tym samym czasie i na tym samym miejscu przebywali razem z nami nie czując nic z tego, co my czuliśmy, a nasz stan ich nawet denerwował. Usiłowali nas pobudzić do różnych działań, my uśmiechając się do nich pytaliśmy: Po co? Przecież jest tak wspaniale. Kończyło się, że podejrzewali nas o jakąś zmowę mimo, że staraliśmy się być dla nich mili. No cóż, nie złapali fazy. Nie potrafili wejść w nasz wymiar świadomości.

 

Najbardziej rzucało się to w oczy, kiedy nas jakaś młodzież, np. bananowa, zaprosiła do siebie na prywatkę. Ach, co oni nie robili, żebyśmy byli szczęśliwi, abyśmy mogli się dobrze u nich czuć. Aż nam trochę głupio było, że prawie wszystko odmawialiśmy, co nam proponowali. Siedzieliśmy na podłodze i rozmawialiśmy i tak przez całą prywatkę.

 

Dziś, takich hipów już nie ma, albo prawie nie ma. Szpaku neohippisów nauczył „aktywności". Dzisiejsi hippisi muszą już „coś robić", bo inaczej nie potrafią, inaczej się nudzą. Oni już nie potrafią być. Dla nich na zlotach musi się coś dziać. Np. muszą być jakieś występy, bądź inne atrakcje. Samo spotkanie przestało być atrakcją. Trzeba organizował im dodatkowe.

 

To już nie jest duch hippisowski. Dawniej też się działo, ale wypływało to samo z siebie, jak niektórzy mówią, z bluesa. Było to spontaniczne, pozbawione sztuczności. Do tego wszystkiego można wrócić, tylko potrzeba, żeby ludzie znowu zaczęli spotykać się ze sobą, ze względu na siebie, a nie dla imprez i rozrywki.