HIPPISOWSKA KULTURA

Zaczniemy od fragmentu książki Andrzeja Kuśniewicza „Trzecie królestwo”.

A teraz się wycisz i czytaj:

„W jakiś czas później – kilka, może kilkanaście dni – jechałem wozem z Koblencji do Monachium przez Frankfurt nad Menem. Mijając wielkie cmentarzysko pełne samochodów, zardzewiałego żelastwa, puszek po konserwach i pustych pojemników od benzyny i smarów, w ogóle wszelkiego rupiecia, jakiego dostarcza masowo całymi tonami dzień w dzień każde większe miasto, ujrzałem nagle dziwny widok: o jakieś mniej więcej dwieście, a może trzysta metrów od autostrady, z której zjechałem, szedł pochód, czy procesja, jak się zorientowałem – jedna ze scen nakręcanego właśnie filmu. Po chwili ujrzałem reżysera i operatora w grupie asystentów, stojących nieco z boku. A także długowłosego młodego człowieka odzianego w luźną, białą szatę, idącego boso szybkim krokiem. Dźwigał na plecach, a właściwie na karku, poprzeczkę krzyża, którego dłuższe i cięższe ramię wieziono za nim na niewielkim wózku. Obok niego, w ślad za nim – niewątpliwie Chrystusem zmierzającym na golgotę, która musiała znajdować się gdzieś u szczytu tej olbrzymiej hałdy odpadków – podążał tłum odziany w stroje z epoki, rzymscy żołnierze z dzidami i w hełmach, jakieś kobiety, lecz również ludzie odziani w ubiory dzisiejsze, pomieszani z tamtymi, coś wykrzykujący. Gdy cały ten korowód mijał mnie, w tym samym czasie autostradą przejeżdżały setki samochodów, wielkie autokary, z których zaciekawieni podróżni, wychyleni przez okna, coś wołali machając rękami, potem amerykański pojazd pancerny, w którym żołnierze w kaskach jak na komendę unieśli ku niebu dwa palce rozchylone w kształcie Victorii skandując „hip hip hura!” – wszyscy twarzami zwróconymi przez chwilę ku tamtym, znikającym już za skłonem wzniesienia.

Stałem zafascynowany i wciąż patrzyłem, a obok – dopiero teraz go dostrzegłem – siedział na kupie żelastwa brodaty i długowłosy młody hippis, odziany tak, jak tamten niosący krzyż na Golgotę, bosy i brudny. Przez cały czas grał na fujarce.

Podszedłem do niego i zagadnąłem: - Nie wiesz przypadkiem, co się tam na górze dzieje? Kręcą chyba jakiś film? – A wtedy on, przerywając na chwilę swoje granie, podniósł na mnie bardzo jasne i bardzo niebieskie oczy i powiedział zdziwiony: -Nie wiesz? Wiodą na śmierć człowieka. Jednego z nas. Jak co dzień, od początku świata. – A po chwili, powiódłszy po mnie obojętnym spojrzeniem, dodał: - A może ty nie jesteś człowiekiem? W takim razie – odejdź w spokoju, bracie wilku! – i odwróciwszy się ode mnie podjął swoje granie, te dwa powtarzające się monotonnie tony – jeden bardzo wysoki, drugi, najwyraźniej w tonacji molowej – niższy.

Ktoś, kto też zatrzymał swój wóz, obok mego, powiedział: - Widział ich pan? Jak mnie ktoś poinformował, to jakiś polski reżyser kręci dla naszej telewizji film oparty na powieści rosyjskiego pisarza Bułhakowa Mistrz i Małgorzata. Czytał ją pan? Fascynująca!

Zaprzeczyłem. Nawet nigdy o takiej nie słyszałem.”

 

 

Tymczasem...

 

Nad asfaltem, pod gołym niebem – dobrzy ludzie krzyżują Jeszuę Ha-Nocri. Potem czytają horoskopy na maj, który – jest Twoim dobrym miesiącem. Twoje plany są jasne, ich realizacja przebiega bez większych zakłóceń. Te słowa horoskopu brzmią jak wiersz, albo jak reportaż z dobrej gazety. To jest proza, choć równie dobrze może to być wiersz. Nad słoneczną autostradą, na wysypisku śmieci: w brudzie, krwi i poniżeniu, krzyżują Jeszuę Ha-Nocri.

To jest film o cierpieniu, a raczej – o możliwości cierpienia. To jest film o luksusie wrażliwości. Kto nie jest wrażliwy – nie zrozumie tego filmu. Kto nie zna siły cierpienia – nie ma po co tego filmu oglądać. Ale są tacy, którzy z pianą na ustach odsądzą Piłata i innych od czci i wartości, jako utwór profanujący uczucia i… wiarę ludzką.

 

Jeszua Ha-Nocri twierdzi: Wszyscy ludzie są dobrzy i Marek Szczurza Śmierć i oprawcy. I inni. Podobno krzywdzący nie wie, nie zdaje sobie sprawy, że krzywdzi krzywdzonego. Ale Piłat wie, że krzywdzi. Kto nie jest Piłatem, nie powinien iść na to do kina. Za osiem złotych można sobie kupić przysmak z automatu w Hortexie, w Piłacie jest zepsuty automat telefoniczny, z którego wylatują dziesiątki srebrników.

 

Świat byłby źle urządzony, gdyby na kilku Łotrów nie znalazł się jeden dobry, po prostu – nie byłoby, po co żyć. Pewien mały człowiek imieniem Charlie nie mógł nie zauważyć, jak leśna dróżka z wolna przemienia się w asfalt… jeżeli człowiek nie stanie się sam maszyną, to maszyna pochwyci go i unicestwi. Asfaltowe drogi wydłużały się.

Rozpięty nad autostradą Jeszua. Jako homo mollis (człowiek nadwrażliwy), obiekt niezwykły i niespotykany – wywieszono Jeszuę na widok publiczny. Z jednej strony – maszyna, z drugiej – człowiek. Jaki wpływ na człowieka mają warunki nieludzkie?

Przed kamerą – falujące od żaru powietrze. W powietrzu – między autostradą a niebem – absolutna cisza. Na słupie – filozof samotnik. Ilu ludzi chce się z nim utożsamić?

Ludzie tacy, jak Ha-Nocri są w zbiorowiskach outsiderami; z jednej strony – są to jednostki twórcze, z drugiej – odepchnięte. Zbiorowisko nie lubi  i n n y c h.

Kto nie rozumie duchowego cierpienia, t e g o cierpienia przede wszystkim, ten niewiele rozumie z życia.

 

Kto rozumie frustrata, który cierpi wobec rzeczywistości rozpalonego asfaltu, fajerwerków reklam i słodkich oranżerii, w których łatwo o śmierć?

Kto go nie rozumie – szuka ucieczki w Manii Wielkości, we Wspaniałym Interesie, w Wielkim łupie gangu Olsena i idzie na Drugą twarz ojca chrzestnego, albo czeka na Powrót tajemniczego blondyna.


Jeszua Ha-Nocri Bułchakowa bliższy jest tarzanowemu guru Joszue, o którym pisze w swoich „Mistykach i Narkomanach”, niż Jezusowi z Nazarethu, o którym opowiadają Ewangelie.

 

W filmie Wajdy Jeszua Ha-Nocri przychodzi do Piłata we śnie, nie poczytując mu grzechu uśmiecha się i w serdecznym spojrzeniu mówi: - Odtąd wszędzie będziemy już razem. Wszędzie tam, gdzie wspomną mnie, wspomną ciebie, i wszędzie tam, gdzie będziesz ty, będę ja. Odtąd już wszędzie razem.

Nie sposób nie wspomnieć też o Mateuszu Lewicie - wg Bułchakowa – jedynym wiernym uczniem Joszue, któremu podczas zdejmowania z krzyża ciała wędrownego filozofa, a także podczas przenoszenia go w celu ukrycia jego ciała w skalnych zaułkach – odbija się na jego koszuli umęczona twarz mistrza.

W ten sposób reżyser wyraźnie nawiązuje do chrześcijańskich hippisów, którzy na swych koszulach często nosili wizerunek Jezusa bądź duży widoczny krzyż na swych piersiach.

Film kończy się sceną, w której Mateusz Lewita, jako chrześcijański hippis przymocowuje do podnóża krzyża swego Mistrza dwa kółka, po czym wkłada ciężar krzyża na swoje barki i wychodzi z nim na drogi tego świata.

Krzyż na kółkach niesiony przez hippisa był w nurcie hippisów chrześcijańskich wcale nieodosobnionym widokiem.

Innym takim widokiem było w Ameryce rozklejanie na murach miast i osiedli Listu Gończego niby w imieniu amerykańskiej policji. Oto jego treść:

 

Rysopis Poszukiwanego

wantedjesusPoszukiwany: Jezus Chrystus

Przydomki: Mesjasz, Syn Boży, Król królów i Pan panów, Książę Pokoju itp.

Jest to czołowy przywódca podziemnego ruchu wolnościowo-wyzwoleńczego. Oskarżony został o następujące wykroczenia:

     - o leczenie chorych, produkowanie wina oraz dystrybucję żywności bez posiadania licencji;

     - o nielegalne wszczynanie sporów w kościołach;

     - o zadawanie się z podejrzanymi indywiduałami; notorycznymi kryminalistami, radykałami, wywrotowcami, prostytutkami oraz motłochem z ulicy;

     - o publiczne uzurpowanie sobie rzekomej władzy przeobrażania ludzi w dzieci Boże.

RYSOPIS: Jest to z wyglądu typowy hippis. Nosi długie włosy, brodę, sandały oraz szatę sięgającą aż do ziemi. Kręci się w pobliżu slumsów, korzysta z protekcji kilku bogatych przyjaciół, często wypuszcza się na pustynię.

OSTRZEŻENIE: Jest to wyjątkowo niebezpieczny człowiek. Głoszone przezeń ekstremistyczne poselstwo wywiera zgubny wpływ zwłaszcza na ludzi młodych, którzy nie wiedzą, że powinni go unikać. Potrafi on wpływać na ludzi, głosi, że ich wyzwoli.

 

img003

W filmie moją rolę gra mój najstarszy syn

 

 

W ten sposób i ja 23 czerwca 1976 roku podjąłem próbę zainicjowania w Polsce nurtu hippisów chrześcijańskich poprzez pójście z krzyżem w drogę. Początkowo szedłem tylko nocami. Przemierzyłem w ten sposób ok. 100 km gdyż nie miałem odwagi by od razu stanąć tak twarzą w twarz z rzeczywistością. Dlatego potrzebowałem wpierw wzmocnić się wewnętrznie. Wyobrażałem sobie, jaka może być reakcja. Aż przyszedł 2 lipca, kiedy to podjąłem nieodwołalną decyzję wyjścia na ulicę w biały dzień. Ileż to razy przy szosie w zadrzewionym miejscu podnosiłem krzyż z ziemi, wkładałem go na barki, po czym próbowałem wyjść na ulicę, ale nie miałem siły i z powrotem kładłem go na ziemię. Nie wytrzymywałem psychicznie. Długo walczyłem ze sobą. To było moje Getsemane.

 

Bo czym innym jest podczepić się do grupy, która robi coś dziwnego, a zupełnie czym innym jest samemu stanąć między ludźmi i robić coś szokującego, a szczególnie w charakterze jakiegoś nawiedzonego. Nie byłoby też źle – powiedzmy – dołączyć na piątego. W razie czego, to zawsze można powiedzieć, że to oni, tamci, a ja to tylko tak z nimi.

Kiedy szedłem z krzyżem, a wzrok wszystkich napotkanych ludzi był utkwiony we mnie.

To wtedy zupełnie inaczej bym się czuł, gdybyśmy ten krzyż nieśli we trzech. To wtedy, jakby się tak wszyscy patrzyli na mnie, wówczas mógłbym spoglądać raz na jednego, raz na drugiego i wzajemnie byśmy się wzmacniali. No, ostatecznie spojrzenia ludzi zdziwionych, skonsternowanych, niezrozumiałych nie byłyby tak palące, gdybyśmy chociaż we dwóch ten krzyż nieśli, to pozostałby zawsze ten jeden wzrok, który wyrażałby zrozumienie. Byłoby to spojrzenie, które by mi mówiło: Nie jesteś sam. Patrz, idę z tobą, idziemy razem, we dwóch. Wówczas, kiedy ludzkie spojrzenia tak paliły, w tym żarze nie do zniesienia patrzyłbym na osobę, która byłaby wtedy dla mnie oparciem.

Wiedziałem, że to wszystko dopiero mnie czeka. Byłem świadomy, że sam pcham się w paszczę smoka.

 

img004

 

Czekałem na chwilę aż nie będzie żadnego pojazdu i taka chwila się znalazła, ale była to tylko chwila, bo kiedy jeszcze dobrze nie wszedłem na szosę,to sam nie wiem skąd, nagle pojawiło się dużo pojazdów.

Niektóre zaczęły na mnie trąbić. Inne wyraźnie zwalniali. Niktórzy jechali na rowerach,  inni motorami, jechało dużo furmanek, ponieważ był to dzień targowy w Górze Kalwarii.

 

Szedłem na południe w kierunku Warki. Miałem długie czarne włosy. Ubrany byłem w beżową tunikę sięgającą do ziemi. Niosłem krzyż wykonany z sosnowego jasnego drewna, prosto od stolarza. Belka pionowa miała 3 m długości, poprzeczna 2,48 m.

 

Do prawego ramienia krzyża przybiłem transparent wykonany ze sklejki,

a na nim treść nawiązująca do Listu Gończego rozklejanego w Ameryce przez hippisów chrześcijańskich.

 

Oto jego treść:

 

NOWY OKRZYK BUNTU

Jezus przychodzi!

Podaję wam tę wiadomość z ulicy, z rozhukanego żywiołu. A więc POSZUKIWANY jest, żyje, porusza się po ulicach miast, wsi i osiedli, czyni cuda, leczy chorych, wskrzesza umarłych. Rozmnaża chleb i ryby. Przemienia wodę w wino, a także naucza, zbawia, wskazuje drogę. Nic dziwnego, że poszukuje Go pilnie milicja. Istotnie, Jezus jest jeszcze na wolności. Więcej jeszcze, On żyje! Żyje w radykalnej tęsknocie wielu młodych ludzi, którzy w Jego Imieniu rozpoczęli tę rewolucję.



Czy chciałbyś być wolnym od wszelkich zależności, lęków i kompleksów? Czy wiesz, że tak naprawdę moralny człowiek może być jedynie wolny?

Na odwrocie transparentu zmieściłem taką treść:

Poszukuję tych, którzy razem ze mną chcieliby założyć WSPÓLNOTĘ na wzór pierwotnych Gmin Chrześcijańskich, gdzie prawem rządzi miłość niezakłamana, lecz prawdziwa. Chodźcie, przyłączcie się do mnie, nie bójcie się. Tchórzostwo jest największą ułomnością człowieka.

 

To było straszne, kiedy już na pewnym odcinku szosy wyłączyłem z ruchu prawy pas jezdni. Nie wiedziałem gdzie patrzeć i jak patrzeć. Ze wszystkich stron,czułem na sobie wzrok wielu oczu. W którąkolwiek stronę bym nie spojrzał niewidziałem nikogo, za kim mógłbym się ukryć, kto mógłby mnie sobą przysłonić.

Czułem się, jak osaczone przez myśliwych zwierzę podczas polowania, w którego ze wszystkich stron wycelowane są lufy broni palnej. Był wyjątkowy upał. Słońce paliło prosto w twarz. Pot spływał mi po twarzy, tunika przykleiła się do pleców. Ludzie próbowali czytać co wypisałem na transparencie, po czym odchodzili wzruszając ramionami.

Mijałem wioski, mijałem kolejne miejscowości, wreszcie szosa stała się pusta. Było to gdzieś między wsiami. Po obydwu stronach szosy pola, łany zbóż, zagony kartofli i warzyw, oraz pojedynczo rosnące drzewa z upragnionym cieniem.

Przystanąłem. Zdjąłem krzyż z barków. Oparłem go o betonowy słupek, na którym namalowana była cyfra 40. Usiadłem pod drzewem.Pojawiła się myśl, a może by tak teraz, ukryć gdzieś ten krzyż w zbożu, zdjąć tunikę i włożyć na siebie „normalne” ubranie i odejść z tego miejsca jak najdalej.

Jednak nie zrobiłem tego. Po chwili odpoczynku z powrotem wziąłem krzyż na swe barki i szedłem dalej. W ustach wysychała mi ślina. Asfalt rozgrzany, aż miękki. Samo południe.           Mogła być godzina 13. Nad asfaltem falujące od żaru powietrze i czasem tylko gdzieś w górze słychać było skowronka. A potem znów zrobił się ruch i znowu było… och!... ale nie było już możliwości odwrotu. Teraz gdybym skręcił gdzieś w pola, to nie miałbym już szans, ludzie poszliby za mną. Teraz całe wsie wychodziły na szosę żeby mi się przyglądać. Pewnie poszła już o mnie fama.

Zobaczyłem grupę młodych ludzi, którzy z zafascynowaniem patrzyli na mnie. Jeden z nich mówi: „Patrzcie, jak wszystko zrobione jest extra”. Ich wzrok był ciepły. Chcieli do mnie dołączyć. Ale w tym samym czasie usłyszałem zgrzyt hamulców zajeżdżającego mi radiowozu milicji obywatelskiej. Za nimi zatrzymał się „żuk”. Pada polecenie, żebym krzyż włożył na „żuka”. Założyłem. Milicjanci zabierają mnie do radiowozu i wiozą na komisariat do Góry Kalwarii. Potem otwiera się ślepa, żelazna brama. Wjeżdżamy, brama się zamyka. Zaczyna się „zabawa”.Ktoś z budynku woła; A co to za Mojżesz? Biorą mnie na spytki. Jeden z milicjantów miał wyraźną ochotę mi dowalić. Zamierzał się kilka razy,aby mnie uderzyć, ale za każdym razem jakby coś go powstrzymywało.

Chcieli wsadzić mnie na dołek, ale okazało się, ze brak wolnych miejsc w celach. Zaczęli wydzwaniać do Warki, do Grójca, ale wszędzie to samo, ponieważ w tych dniach, kiedy szedłem z krzyżem, Gierek z Jaroszewiczem dokonali podwyżki cen, na co Ursus i Radom odpowiedzieli strajkami. Doszło do wystąpień robotników, którym władza ludowa urządziła słynne „ścieżki zdrowia”, więc musieli ich potem gdzieś pozamykać, aby trochę wydobrzeli. Wreszcie zadzwonili do Piaseczna i tam mnie zamknęli.

 

Kiedyś w pewnej gazecie przeczytałem, że jakiś hippis miał powiedzieć: „Ludzie w autobusach pokazywali na nas palcami. Ale my chcieliśmy prowokować. To było skierowane przeciw zakłamaniu, szarzyźnie oraz płaszczom ortalionowym i beretom z antenką”.

No cóż, jakkolwiek sam byłem przeciw zakłamaniu i nie podobała mi się szarzyzna to na pewno nie nosiłem hippisowskich wdzianek dla prowokacji, a tym bardziej nie poszedłbym z krzyżem w Polskę żeby kogokolwiek prowokować. Nie miałem nic przeciwko płaszczom ortalionowym i beretom z antenką.

Nie podobało mi się, kiedy społeczeństwo, a szczególnie gici wywierali presję na nas – hippisów, co do sposobu noszenia się. Byłem przeciw walce. Byłem za pokojem, byłem za wolnością.

Ruch hippisowski pod względem religijno-światopoglądowym, czy kulturowym zawsze był pluralistyczny. Składał się z różnych nurtów, tworzących odrębne szczepy. Ponadto był zbiorowiskiem outsiderów, indywidualistów ROBIĄCYCH SWOJE, nieprzynależących do żadnej z grup. Każdy szczep tworzył własną subkulturę, podobnie jak poszczególni indywidualiści. Każdy szukał dla siebie środowiska, w którym czułby się najlepiej.

Dziwi mnie, że obecnie powstały niby hippisowskie grupy ANTY, grupy AGRESJI wymierzone rzekomow w Hippisów Kościelnych. Otóż takih niestety nie ma, a szkoda. Za to mamy Młodzież Różnych Dróg. Nie rozumiem, dlaczego nazywają ich kościelnymi hippisami, w sytuacji, kiedy oni sami za wyjątkiem Puńka hippisami się nie czują. Jeśli mi nie wierzycie, to zapytajcie o to np. panią Małgorzatę, Kaję, Dezertera, czy Wojtka, a nawet Szpaka. Wtedy się przekonacie, że oni są właśnie MŁODZIEŻĄ, a nie żadnymi hippisami. Zresztą sami się tak nazwali. Hm… I należy to uszanować.