Hippisi po polsku

Był rok 1964. Miałem wtedy 15 lat i mieszkałem w Warszawie. W kinach leciał film „The Beatles”. Atmosfera panująca na koncertach Beatlesów pokazana w filmie zaczęła udzielać się  widowni. W komunistycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć pojawienie się muzyki rockowej, czy jak ją wtedy nazywano big- beatowej było czymś niezwykle kolorowym i barwnym. Wokoło szarówa, miasta oszpecone bolszewickimi hasłami, w mediach niemalże non stop pokazywano tylko huty, cementownie, PGR-y, nawozy sztuczne, kombajny, snopowiązałki, mówiono ciągle o bydle zarodowym, trzodzie chlewnej, pierwszym sekretarzu KC PZPR, o przyjaźni ze Związkiem Sowieckim i innymi demoludami oraz amerykańskim imperializmie. Do tego świadomość, że jesteśmy oddzieleni od wolnego świata żelazną kurtyną. Musiało to człowieka przygniatać. Niesamowite wrażenie robiły na ludziach widokówki z Rzymu, Paryża czy Londynu, jeśli ktoś mógł się takimi poszczycić, nie mówiąc już o ciuchach z Pekao SA, bo Pewexów wówczas jeszcze nie było.

 

Nikogo z młodych ludzi nie znałem, kto mógłby powiedzieć, że był na Zachodzie.

A tu proszę - w filmje Beatlesi - wolny świat, dla ludzi Zachodu swobodna możliwość podróżowania po całym świecie, bajecznie piękne ciuchy i długie włosy. Człowiekowi aż mało co się nie robiło. Niebawem i u nas, na Bazarze Różyckiego pojawiły się pantofle bitelsówy. Kupował je każdy, kogo tylko było stać. Kto mógł, zapuszczał włosy lub kupował perukę, bo długie włosy były zakazane. Po jakimś czasie pojawiły się polskie teksty do piosenek Beatlesów. Każdy chciał mieć gitarę i każdy próbował na niej grać. Jednym słowem zrobiła się moda na Beatlesów – bitlesomania.

 

Wieczorami wychodziliśmy paką chłopaków na ulicę z jedną lub dwiema gitarami, oczywiście, kto mógł to w perukach i śpiewaliśmy Beatlesów „A Hard Day’s Night”, oczywiście w wersji polskiej:

Po ciężkim, upalnym dniu, gorący piasek w oczach mam

Po ciężkim, upalnym dniu będziemy razem sam na sam

Nie wychodź do mnie z sporem, powracam nad wieczorem

Lepiej przygotuj w domu jeść

Miła ma, lubię widzieć cię w swych snach

Miła ma, lubię widzieć cię w swych snach… itd.

Nie musieliśmy długo czekać, kiedy przyjechała po nas „dyskoteka” a z niej zaczęli wysypywać się „pałkersi”. Ale my byliśmy na to przygotowani, więc daliśmy szpulę i każdy się gdzieś zwichnął. Nigdy nas nie złapali. Wtedy nie było jeszcze podziału na hippisów i gitowców. Zbieraliśmy się na podwórkach, robiliśmy prywatki. Na adapterze Bambino puszczaliśmy pocztówkowe płyty. Bardzo lubiłem utwór „Love Me Do”, „Lekcję miłości” Cliffa Richarda. Szkoda, że teraz ta piosenka zapadła się gdzieś pod ziemię. Nie ma jej w Internecie. Nigdzie jej niema. A dziewczyny obłędu dostawały przy niej. Dorobiono do niej też wersję polską. Zapamiętałem taką strofę: „… Powiedz miła, że nie zdradzisz nigdy mnie, słuchaj miła, słowa teee… bo miłość , która odchodzi zostawia w sobie głęboki ślad. A więc powiedz, że nie zdradzisz już mnie…”

 

Czas nie stał w miejscu, po Beatlesach pojawili się Rollingstonsi. Wtedy przyszła moda na rollingstonsówy. Były podobne do bitelsówek, też na wysokim obcasie, ale miały po bokach duże niklowane klamry. A potem, hm… wszystko pojawiało się w takim samym tempie jak na Zachodzie, ale oczywiście nie było to dla wszystkich. Jednak byli tacy, których było na to stać. Jeśli nie były to oryginały, to nasi rzemieślnicy też potrafili robić piękne rzeczy. Poza tym można było kupować śliczne rzeczy w Instytucie Czechosłowackim lub Węgierskim. Świat, czy raczej może pewien światek z dnia na dzień robił się coraz bardziej barwny w dobrym guście. Powstawało coraz więcej zespołów rockowych. W Polsce też mieliśmy rodzimy big-beat: Czerwone Gitary, Szli doWsi, Rolnik Stond, Niemen, Trubadurzy, Klan. Wszystko ewoluowało w kierunku hippisowskim.

Na długowłosych mówiło się bitelsi, a nawet się śpiewało: „Nie bądź taki bitels, mówi do mnie mama, mama jak to mama: Do fryzjera idź!”

 

Latem 1965 roku na Warszawskiej Starówce można było spotkać dużo długowłosych. Siadywaliśmy pod Kolumną króla Zygmunta, na Starym Rynku, na murach przy Barbakanie. Ludzie pojawiali się w grupach. Grupy choć między sobą się nie znały, to jednak, coś nas wszystkich łączyło, były to wspólne upodobania, inklinacje, wrażliwości, marzenia.

Wszyscy byliśmy oczarowani Zachodem, który w wydaniu rockowym jawił nam się wyjątkowo atrakcyjnie.

 

W kinach leciały wspaniałe filmy o Indianach, taki, jak „Złamana strzała”, „Ostatni Mohikanin” prod. Francuskiej, czy przygodowy„Tajemnicza Wyspa”. A także mnóstwo filmów kostiumowych, np. „Garbus”, „Hrabia Monte Christo”, „Madame Sans Gene”, Popioły - które rozbudzały naszą wyobraźnię.

Dla niektórych marzenia mogły być realne. Było ich na nie stać. Dla nich „żelazna kurtyna” nie stanowiła bariery, przekraczali ją, kiedy tylko mieli na to ochotę. Były to dzieci dygnitarzy partyjnych, oczywiście partii zwanej „robotniczą”.

 

Człowiek chciał się ubierać romantycznie, by wyglądać jak np. hrabia Monte Christo tak jak się marzy, albo wdziać bufiastą koszulę, do niej żaboty, frak i  pantofle z czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Marzyło się, by mieszkać w jakimś zamku typu Czersk, Czorsztyn czy Nidzica, ewentualnie w grodzie takim jak Biskupin.

 

Wydawało nam się, jakbyśmy urodzili się w nie swoim czasie, jakbyśmy należeli do innej epoki. Byliśmy romantykami. Spotykaliśmy się i rozmawialiśmy. Wzdychaliśmy, że to nierealne, ale przynajmniej mogliśmy o tym rozmawiać. Nie wstydziliśmy się o tym mówić, dzielić nawzajem marzeniami. Mówiliśmy, że jeśli to już niemożliwe, to może by zamieszkać gdzieś na łonie dzikiej natury, na bezludnej wyspie, choćby takiej z filmu Tajemnicza Wyspa.

Ale jak tam się dostać? Bolszewia nas nie wypuści.

To może gdzieś w Polsce dało by radę, zaszyć się w jakiejś puszczy.

Po dłuższych dyskusjach postawiliśmy na Bieszczady. Może uda się gdzieś w nich zamieszkać i żyć życiem ludzi wolnych. Rozczytywaliśmy się w książkach Karola Maya o Indianach. Słuchaliśmy utworu Apacze grupy The Shadows.

 

http://www.youtube.com/watch?v=1BqIJtxguvA

 

Chcieliśmy ubierać się jak Indianie, mieszkać w tipi lub w wigwamach. Ach, marzenia, marzenia, marzenia… Nie wiem, jak to się stało, jak to w ogóle mogło być możliwe, że moje marzenia i moich przyjaciół nie były odosobnione. Ciekawe, że i moda zaczęła iść w tym kierunku. U nas z pewnym opóźnieniem, ale na Zachodzie… Ojej! Tam było pięknie. 

Miałem dostęp do kolorowych pism z Zachodu, ponieważ moja siostra pracowała w Grand Hotelu w Warszawie i otrzymywała je od zachodnich gości. Kiedy przeglądałem je z przyjaciółmi, to normalnie każdemu z nas żuchwy opadała z wrażenia.

 

W 1966 roku pisano już w nich o hippisach, i pamiętam jak zamieszczano nich wspaniałe zdjęcia ślicznie ubranych heyów, wyglądali, jak Indianie, a w naszej PRL-owskiej prasie była jeszcze zupełna cisza. Tymczasem w naszym warszawskim środowisku młodzieżowym zaczęła następować polaryzacja, nie wszystkim nowe trendy przypadły do gustu. Zaczęły tworzyć się podziały i przyciągania zwolenników, choć jeszcze gitowstwa jako tako nie było. Ale tendencje były już wyraźne. Tworzył się podział na typy tak zwane męskie i romantyków, którzy twardzielom jawili się, jako zniewieściali. Oni mówili nam, że pięknie wyglądać może tylko dziewczyna, a chłopak powinien być silny, twardy i umieć się bić. W ich grupach ciągle były jakieś napięcia, agresja, bójki i chodzili, a to z podbitym okiem, a to z przedłużoną wargą, rozkwaszonym nosem, czy z rękami pochlastanymi żyletkami, tzw. sznytami. A mi takie oszpecanie się wybitnie nie leżało.

 

W 1966 roku było w Polsce obchodzone Millenium – Tysiąclecie Chrztu Polski.

Władze komunistyczne robiły różnego rodzaju trudności. Mimo to 26 czerwca w niedzielę doszło do spontanicznej manifestacji przeciw represjom władz wymierzonym w Kościół.

Było to niezwykłe dla mnie przeżycie. Pierwszy raz w moim życiu mogłem w czymś takim uczestniczyć. Przecież jakiekolwiek protesty, demonstracje w raju komunistycznym były nie do pomyślenia.

Tym czasem mogłem iść środkiem Krakowskiego Przedmieścia pod Dom Partii, i na cały głos krzyczeć „precz z komunizmem”. Pamiętam jak po pewnym czasie drogę zagrodziła nam milicja, na wysokości ulicy Świętokrzyskiej. Zaczęli nas bić. Jakaś kobieta stojąca pod pomnikiem Mikołaja Kopernika zaczęła krzyczeć: „Warszawo, biją twe dzieci”. Skandowaliśmy: „czerwone gestapo”. Ale jak ja się wtedy czułem się wolny. Przed oczami stanęły mi powstania: Listopadowe, Styczniowe. Filomaci, Filareci, Mickiewicz, a ja między nimi. Tak to przeżywałem. Miałem 17 lat.

 

Kościół mi się podobał. Był monarchistyczny, był w nim majestat i piękno.

Prymasem Polski był  Stefan Kardynał Wyszyński. Był on prawdziwym interreksem.

Jego prymasowski tron w warszawskiej archikatedrze wyglądał wyjątkowo imponująco. Znajdował się na nim piękny piastowski orzeł w koronie. W przyszłości Glemp to wszystko zniszczy, zeszpeci. Szkoda, to okropne.

Następnego dnia w Poniedziałek 27 czerwca prasa napisała, że banda chuliganów i fanatyków rozpętała w centrum Warszawy burdy uliczne wykrzykując antysocjalistyczne hasła. I znowu wróciła szarówa i bolszewicki syf. Na szczęście miało się przyjaciół, którzy podobnie czuli i myśleli tak jak ja. Chociaż nie było tak, jak to dzisiaj wielu hippisów myśli, że wtedy prawie wszyscy walczyli z komuną. Niestety tak nie było. Przytłaczająca większość szła z prądem, podobnie jak teraz. Tylko nieliczne jednostki narażały się,  nadstawiając swych pleców. Większość chciała żyć „normalnie”, nie wychylając się.

 

A jak żyli partyjni dygnitarze, kacyki, ludzie systemu, wysocy oficerowie MSW i wojska?

Dla nich wolny świat był otwarty. Przed nimi i ich rodzinami żelazna kurtyna zawsze się uchylała. Mogli swobodnie podróżować w tę i we wtę. Im nie opłaciła się ucieczka, oni tu mieli wszystko,oni tu mieli najlepiej, ale nie było to za darmo.

Trzeba było się wyrzec Boga. Zapisać do bezbożnej Partii ateistycznej, zwanej robotniczą. Wtedy taki człowiek stawał się osobą uprzywilejowaną. Można było korzystać z dobrodziejstw wolnego świata. Można było wysyłać tam dzieci za granicę na różne stypendia. Można było przywozić stamtąd ostatni krzyk mody. Na takich wyjazdach można było dużo zarobić.

Można było kupować w Polsce za grosze płyty gramofonowe z muzyką poważną, a także cenne albumy wydawane w Kraju Rad, a tam sprzedawać za prawdziwe pieniądze, których wartość po przewiezieniu do Polski wzrastała stokrotnie. Taka wówczas była przebitka.

Jeden dolar amerykański kosztował 100 złotych, a sto złotych to było sto złotych.

 

Kiedy w 1967 roku prorok podszedł do grupy długowłosych siedzących pod Empikiem na Nowym Świecie, to w Polsce istniało już bardzo wiele grup, a jeszcze więcej pojedynczych osób wyznających wartości, które potem okazały się być ideami hippisowskimi. W Krakowie działał już Pies w Łodzi Dziki, we Wrocławiu Zappa, podobnie było w Poznaniu, Trójmieście i w innych miastach.

skan068

 

Prorok ruszył w Polskę, aby jednoczyć ludzi i wspólnie się spotykać.

Mieliśmy już tę  świadomość, że jesteśmy hippisami. Hippisi zjednoczeni nazywali się ruchem, niezrzeszeni też uważali się za hippisów. Przyjaźniłem się z Grześkiem Pyrą, który z dumą podkreślał, że jest uczniem Proroka. Z jego młodszym bratem, Łukaszem przyjaźnił się Amok. Ale nie chciałem do nich dołączyć, ze względu rozwiązłość seksualną i narkotyki. Grzesiek dużo opowiadał mi, jak jest w ruchu, opowiadał o obrzędach oczyszczenia, o udzielaniu przez Proroka ślubów na trójkącie, o tzw „wolną miłością”oraz o żachaniu chemicznego środka „Tri”. Opowiadał o różnych ludziach z ruchu, o córce Jóźwiaka, wysokiego dygnitarza partyjnego. Powiedział mi, że również jego ojciec jest dyrektorem muzeum Lenina w Warszawie.

Mówił też o innych podobnie sytuowanych jak on.

Należał do nich „Jul” Julian Łukasz, którego ojciec też należał do KC.

Ojciec Psa też miał niezły status, był redaktorem „Życia Literackiego”.

 

Grzesio mówił mi, że on i inni podobni jemu hippisi rzucili wszystko; szkołę, studia i zaczęli żyć, nie prcując, jako zupełnie wolni ludzie, mając jednak świadomość, że z chwilą, kiedy wrócą do domu, to otrzymają wszystko z powrotem od rodziców i państwa.

Dlatego mogli się bawić.

Jeździli na "gapę".Albo, żeby było ciekawiej „Pożyczali sobie” cudze samochody stojące na parkingach, by nimi urządzać sobie przejażdżki  np. z Warszawy do Krakowa, po czym pozostawiali je byle gdzie. Kiedy natomiast zachciało im się z powrotem wracać do Warszawy, no to brali pierwszy lepsz i jechali, by znowu porzucić je gdzie popadnie. A jeśli czasem z tego powodu, pojawiały się problemy z prawem, to wpływowi rodzice ukręcali sprawom łeb i już. Milicja też ich inaczej traktowała, wystarczyło, że któryś z nich powołał się na tatusia.

Gożej było jeśli właścicielem "pożyczonego" samochódu okazał się być jeszcze ktoś ważniejszy, niż ich tatusiowie.

 

Pamiętam kilka grup hippisów nienależących do ruchu zrzeszonego przez Proroka. Wśród nich bywali artyści, ale też synkowie i córeczki warstwy uprzywilejowanej, choć nieco z niższego stopnia. Ich tatusiowie byli pułkownikami MSW, lub wojska. Sam należałem do takiej parakomuny w Zielonce na poligonie wojskowym.

Oni nie chcieli się szlajać po zlotach, hipchatach, barbakanie czy za Harendą. Mimo, że nosili się po hippisowsku, wyznawali poglądy hippisowskie i właśnie żyli w sposób typowy dla hippisów, a przed wszystkim uważali się za nich.

Takich pięcio-sześcioosobowych – parakomun było wtedy w Polsce bardzo wiele. Trudno mi oszacować, ale naprawdę było ich sporo.Wiele z nich poznałem osobiście.

O wielu mówili mi inni. ale poznałem też mnóstwo samotnych hippisów. Czytałem właśnie wypowiedzi takich ludzi w sondaże uliczne, w artykule pt: „Ludzie z krzyżami na piersiach” Mariana Szczepanowicza zamieszczonego na łamach Tygodnika Powszechnego.

Wtedy hippisi nosili duże krzyże i długie włosy. Taki krzyż nosił „Misjonarz”, „Dziki”… Ojej, co ja się tu wygłupiam, przecież tylko nieliczni hippisi nie nosili krzyży. Zdarzało się, że nosili też i nie-hippisi, z racji na to, że w latach siedemdziesiątych hippizm w Polsce stał się modny.

Nawet w sklepach państwowych można było kupić sobie spodnie dzwony. Kurtałę w stylu napoleońskim.

Apogeum najpiękniejszych hippisowskich wdzianek przypada w Polsce na lata 1979-1981. Potem wszystko się nagle załamało, w lutym 1982 roku w czasie stanu wojennego. Pamiętam, bo wtedy jeszcze z przyszłą żoną oglądaliśmy piękne suknie indiańsko-indyjskie, bluzki i opończa. Wszystkie były tak hipne i tak śliczne, że zawrót głowy. Ale niestety, nie mieliśmy wtedy pieniędzy. Mieliśmy je dopiero po ślubie, pod koniec maja, kiedy już po nich nie było śladu.

 

Do Polski nie dotarł nurt chrześcijańskich hippisów.

W Forum, które czytał Prorok, nie pisano o nich. Ci, którzy jeździli na Zachód – dzieci komunistycznej nomenklatury, nie byli zainteresowani tym nurtem. Więc główny rys ideowy polscy hippisi czerpali z relacji prasowych zależnych od komunistycznej partii oraz z opowiadań hippisujących dzieci komunistycznych dygnitarzy, które wyjeżdżały na Zachód, a po powrocie lansowały przez siebie wyselekcjonowane wzorce. Pisali manifesty

 

Oto jeden z  manifestów polskich hippisów:

„Wciąż biegają z nosami spuszczonymi do ziemi, myszkują, szukają, biegną, gonią, gonią, zapędzają się w korytarze bez wyjścia, jeżdżą, źreją, grają, skaczą – byle wyżej, nudzą się, smrodzą – potem biją się po zębach… noszą eleganckie krawaty, pachnie od nich lawendą, umią służyć, przepraszać, lepić słowa w kłamstw bukiety… gdy są sami – zapinają guziki rozporka, dłubią w nosie, w zębach, uczą się w lustrze uśmiechać… Tacy mali – wypychają klatkę swetrem, watą piersi – wychodzą gotowi – czemu milczysz, czemu nie klaszczesz? Gdzie są oczy”

 

Oto inny manifest skierowany do hippisów:

„Wszystko zabrano: gwiazdy zdjęto z nieba, zieleń wiosnom, oczom spojrzenia…

- Ty, wyrwany z selekcji błąkasz się po pustym niebie – uśmiechasz do zeschłych i zmiętych aniołów… Upadasz na twarz przed drzewem martwych praw.

- Zobacz, nie ma już nic – oni podzielili się słońcem i deszczem, barwami i czasem, a nawet marzeniami – dla ciebie.

Kopnięto, uderzono w jądra.

Nie przeraża nas bomba, nie chcemy bronić się przed wojną, nie chcemy nic wiedzieć o was, jesteście przedmiotami naszej małej miłości, zrodzonej z pogardy, nie chcemy być podobni wam.

 

Hippis o pseudonimie „Pablo” zorganizował grupę kolegów, która w Kościele pewnego zakonu wzięła udział we Mszy za poległych Amerykanów w Wietnamie. Po mszy w krużgankach kościoła czytano „Skowyt” Allena Ginsberga.

Zakochana w hippisie dziewczyna opuszcza dom. Chce z ukochanym dzielić dolę i niedolę. Ukochany już pierwszej nocy oddaje dziewczynę kolegom. Odrażająca scena przemocy. Dziewczyna decyduje się na samobójstwo.”

 

Z manifesty hippisów.:

„Szemrzące marzenia starców – to oni przed nami roztaczali nadziei krąg – zdawało się, że tak łatwo nas w nim pomieścić… Pokolenie dochodzącej minuty – spełnimy się teraz.”

„My się żenić nie będziemy, ani za mąż wychodzić. Mimo, że mamy do siebie tyle sympatii iż giniemy we własnych uściskach – dlaczego mamy więc prawnie do siebie należeć. Ani ty do mnie, ani ja do ciebie, a jednak rodzić będziemy”

 

Z manifestu hippisów:

„Ojczyzna, której poszukuję, to nie poplamione niebo chmurami, nie wiklina samotna otulona puchem śniegu, nie las ze strumieniem pełnym gładkich kamieni. Ojczyzna, do której idę, jest na kształt niespełnienia – z obu stron otwarta – tam, gdzie nie ma początku, nie zamknięta końcem. To nie marzenie o godzinie milczenia, to nie obraz zbawienia, lecz modlitwa wysyłana do nikąd, a wszędzie do skomplenie…”

 

Z manifestu hippisów:

„Hippisi – słudzy miłości – nie pracują, nie uczą się, nie skaczą z miejsca na miejsce – kwiaty to ich modlitwa codzienna. Miłość, w której my teraz bierzemy udział ma charakter bierny obojętny etycznie – nie jest skierowany ku pewnemu dobru, ale jest to miłość realizująca się poza krańcami etyki – dobra i zła. Jest to obecność, spotkanie nas wszystkich w autentycznie przeżywającej ekstazie…”

 

A oto życie w komunie:

  „Chata” Noc. Jest ich czterech i jest ten nastrój ludzi kwiatów.

Na podłodzie koc polany płynem „Tri”. Obok dziewczyna, którą „poza krańcami etyki” mieli wszyscy czterej. Pointa tej historii będzie oczywista. Będzie lekarz w białym fartuchu,

łzy wstydu, rozpacz, a później – oby nie – skok z piętra, czy niedokręcony kurek gazowej kuchenki.”

 

Wypowiedź pewnego intelektualisty:

„Zostawcie ich samych sobie, nie czepiajcie się swoją brutalnością dorosłych cyników i ich spraw. Są dziećmi tej potwornej ery, którą rozpoczął wybuch w Hiroszimie. Dlatego chcą świata, dlatego nienawidzą granic i barier, które dzielą ludzkość.

Słowa i myśli zgrabne, oklepane – bo tak jest wygodnie, bo najłatwiej wpadać w kompleks atomowej broni, gdy chce się po prostu położyć do łóżka z wieloma dziewczynami, gdy chce się żyć bytem wygodnictwa, nie przejmowania się i nieangażowania w szarą codzienność.”

 

Hippisi niechrześcijańscy i ich mecenasi tupią nogami, gdy chce się rozsunąć kurtynę.

Mecenasi mają pieniądze i ochotę na „figle”. Długowłosi mają młode i ładne dziewczyny, mają siebie samych i również ochotę na „figle”. Jakie to proste, jakże to prozaiczne. Ludzie kwiaty, filozofia niebytu, ojczyzna bez granic, bez samotnej wikliny otulonej śnieżnym puchem, stres, frustracja… Tak wygodnie, niestety to również prozaiczne.

 

 

Z maniftu hippisów:

„Niech wie starsze pokolenie, co naprawdę myślimy i do czego dążymy. Niech nasi zakłamani rodzice też wiedzą, że nie damy się zepchnąć do roli niewolników jakiegoś tam socjalizmu. Pracować jak dzikie osły i dorabiać się. To nie dla nas, młode pokolenie chce być wolne, żyć bez obowiązków. Jeżeli wam przeszkadzają nasze długie włosy, to cieszcie się, że nie sięgamy po takie formy demonstracji, jakie pokazał Manson. Zwalczacie nasze narkotyki, muzykę decybelową, zwalczacie Niemena - a przecież to jest nasza nieszkodliwa forma zabawy

i jedyna forma demonstracji publicznej. ”

 

Z manifestu hippisów:

„Nicość – granica możliwości intelektualnych. Na płaszczyźnie: oczu, uszu, nosa, języka, palców nie istnieje problem nicości – na płaszczyźnie rozumu pojawia się wątpliwość, a może istnieje nicość. Coś, czego niezdolni jesteśmy pojąć. Nie ma nicości!”

 

Hippisowskie Zloty

21-22 lipca 1968 roku w Mielnie.

                          Był niezwykły widok.Było to coś w rodzaju łąki, a może parku. Ludzie rozbili

                          namioty i zebrali się wszyscy na pięknej polanie. I kiedy już tak wszyscy

                          siedzieli, bądź leżeli, wtedy pośrodku stanął Prorok i zaczął przemawiać,

                          wytworzył tym tak niesamowity nastrój, że ludziom zaczęło się wydawać,

                          jakby sam Chrystus przemawiał. Nagle ktoś zaczą głupio krzyczeć i cały

                          nastrój prysł.

            Nazajutrz, mogła być godzina 10, część hippisów jeszcze spała, inni rozmemłani powoli

            zaczęli się ruszać, a tu nawiedzony Mateusz, stojąc na miejscu, na którym wczoraj

            przemawiał Prorok - woła na cały głos: Ej, ludzie pójdźcie za mną, ja was poprowadzę.

            Na co ludzie wychylając się z namiotów, niektórzy dopiero przecierają oczy, patrzą

            kto to tak się drze... , po czym prawie wszyscy na raz, - podobnie zawodzącym głosem

            odpowiadają mu:  Eeeee... Ma.te.u.sz.u..u...u.,  a dokąd ty nas   po.. pro..wa..dzisz....?

 

21-22 sierpnia 1968 w Dusznikach Zdroju

21-22 września 1968 w Kazimierzu nad Wisłą

21-22 października 1968 próba zlotu w Nowej Słupi

Marzec, 1969 w Grotnikach pod Łodzią.

            O planowanym zlocie hippisów w Grotnikach  milicja wiedziała wcześniej. Przestraszyli

            się, myśląc, że to jakaś organizacja imperialistów amerykańskich, w związku z czym,

            szef wojewódzkiej MO wydał rozkaz, aby z ówczesnego całego (wilkiego) 

            województwa łódzkiego ściągnąć budy. Hippisów na zlot przybyło około 50 osób,

            a milicyjnych bud przyjechało 60. Milicjanci niebardzo mieli co robić, wrzucali  

            hippisów na milicyjne budy, niczym worki z kartoflami.

 

24 czerwca 1969 w Opolu na dwa dni przed Festiwalem

15 lipca 1969 w Kazimierzu nad Wisłą

15 sierpnia 1969 w Kruszwicy

10 września 1969 próba zlotu w Kazimierzu nad Wisłą

W 1970 roku odbył się zlot w Karwicy

1970 roku odbył się zlot również w Chęcinach

1970 roku był też zlot we Wrocławiu w Dolinie Pokoju, trwał 5 tygodni

                 Oto,jak wspomina hippię "Ono":  Rok temu pojechaliśmy do Doliny Miłości, do

                 Wrocławia. Przyjechało 50 osób. Wieczorami rozpalaliśmy ogniska, rozbieraliśmy

                 się i tańczyliśmy dookoła. A potem to już każdy według własnego uznania. Po kilku

                 tygodniach musieliśmy się rozjechać, byliśmy zbyt głodni i za bardzo gryzły nas wszy.

 

14-16 sierpnia 1971 pierwsz hippisowski zlot pod Jasną Górą w Częstochowie

                      Podobno pomysłodawcą hippisowskich zlotów pod Jasną Górą w czasie  Zielnej

                      miał być Belfegor. W tym czasie na Jasną Górę przybywa najwięcej pilgrzymek,                       w tym największa, wielotysięczna z Warszawy.Miało to uchronić hippisów od

                      interwencji milicji. Pierwszy zlot odbył się spokojnie.Ludzi zebrali się mniej

                      więcej tam, gdzie teraz  stoii Dom Pielgrzymal. Wtedy były tam pola i sady.

                      Przyjecha Prorok, Dziki,Wskazówa i wielu innych hippisów.

                      

14-16 sierpnia 1972 drugi zlot hippisów u stóp Jasnej Góry w Częstochowie

                      Podczas drugiego zlotu w Częstochowie w 1972 roku doszło do ostrej

                      interwencji Milicji. Słynny Henas grał w tym czasie na gitarze i śpiewał:

                                   Bo przecież niebo, niebo jest dla wszystkich

                                   Bo przecież wiatr w gałęziach wszystkim gra

                                   My chcemy kwiatów, kwiatów i wolności

                                   Wolności od sza-re-e-e-go dnia.

                      Kiedy tak ze wszystkich stron nacierała milicja, a Henas był na środku zlotu,

                      wtedy ludzi wzięli go na ręce i podnieśli do góry, a on jeszcze głośniej śpiewał

                      i grał do milicjantów patrząc im w oczy: Bo przeciż, niebo, niebo jest...

                      Rozwściczeni milicjanci zaczęli bluzgać i bić na oślep kogo popadnie, a ludzi zbili

                      się wokół Henasa i posiadali na ziemi i trzymali jedni drugich. Milicjanci szarpali

                      ludzi, żeby ich rozerwać i dostać się do Henasa, a że ludzie stawiali opór, to tłukli

                      ich bez miłosierdzia. A do Henasa bluzgali ; ty S%$#$#, tylko cie dorwiemy,

                      to ci, ty Q#&$, ty sq%$##^&* pokażemy !!! itp. itd. I dalej leciały im z gęmb

                      same bluzgi. Tymczasem nie mogli się do niego dostać, bo ludzie go osłaniali

                      własnymi ciałami. Jęki, krzyki, płacz dzieci kwiatów mieszał się z obleśnymi

                      wulgaryzmami milicjantów i śpiewem Henasa. Kiedy jedne odgłosy cichły,

                      wówczas drugie się nasilały.

                      Pobito wielu ludzi. Siostry zakonne nie nadążały ich opatrywać.

                      Zlot został rozpędzony.Część hippisów schroniła się na Jasnej Górze.                                        Pozostali próbowali się ponownie zebrać w Herbach Nowych pod

                      Częstochową, ale i tam zostali przez milicję rozbici.

 

W 1973 roku hippisi zebrali się pod samymi murami Jasnej Góry, ale oczywiście od strony pól. Podczas interwencji milicji wszyscy weszli na teren klasztorny, gdzie już milicja nie wchodziła. Jasna Góra stała się dla nich azylem. Zbierali się na wałach, zachowywali się w sposób frywolny poważnie zakłócający religijny charakter tego miejsca. Wały jasnogórskie są dla pielgrzymów miejscem modlitw, rozważań Drogi Krzyżowej, a także odbywania procesji.Chrześcijanie na tym miejscu wielbią Boga, a hippisi przyszli, aby czantować tu jakieś buddyjskie i krysznowskie mantry. Poza tym niektóre dziewczyny roznegliżowane. A Prorok w wywiadzie, dla Rzeczypospolitej mówi, że paulini mogli hippisom pomóc, a nie pomogli. Czy to zbyt mało, że wpuścili hippisów na teren sacrum? Czego Prorok jeszcze, oczekiwał od klasztoru, że co, że może powinni jeszcze udzielić im swoich cel zakonnych, gdzie hippisi mogliby się zbiorowo kopulować?

 

Zloty hippisów na jasnogórskich szczytach odbywały się od 1973 do 1976 roku, czyli cztery lata. Dłużej ojcowie pauini nie mogli znieść profanacji świętego miejsca.

Właśnie w 1976 roku po raz pierwszy na zlocie hippisowskim w Częstochowie pojawił się ks. Andrzej Szpak.

W tym też roku, zaraz, po zloci w Częstochowie z inicjatywy Hermesa z Krakowa odbył się pierwszy zlot w Olsztynie pod Częstochową.

-

1977 roku ojcowie Paulini nie wpuścili już hippisów na teren klasztorny. Tym razem hippisi zebrali się nie na zapleczu od strony pól, ale od frontu, przed samą Bramą Lubomirskich, a wtedy zjechało się mnóstwo hippisów z krajów Bloku Wschodniego, tzw. demoludów. Najwięcej przyjechało z Czechosłowacji, NRD i Węgier. Szpaku myślał i inicjował. Tymczasem paulini dali ultimatum, że jeśli hippisi nie odejdą sprzed Bramy Lubomirskich do godziny 15 – ponieważ blokują wejście pielgrzymom na Jasną Górę – to poproszą o interwencję milicję.

 

szpaku desi

 

Wtedy ks. Andrzej Szpak udał się do Kościoła św. Barbary i poprosił tamtejszych księży, by pozwolili na dziedzińcu należącym do tego kościoła zebrać się hippisom, na co tamtejsi księża wyrazili zgodę. Zlot się przeniósł i zaczęły się parogodzinne tańce harri kriszna także na dachach budynków przylegających. Oczywiście była to sztuka na raz – więcej już tam hippisów nie wpuszczono. Szpaku nie rezygnował, nie zniechęcał się. Na noc załatwił nocleg w stodołach u Ojców Bonifratrów.

-

img016Po Częstochowie odbył się II Zlot w Olsztynie, gdzie u podnóża zamku Tadzio Drwal z Krakowa z Żurawiem z Opola zorganizowali misterium pacyfistyczne, na którym Tadzio rzewnie się rozpłakał. W ciągu roku hippisi spotykali się również w Ostródzie i Zbicznie. Andrzej Satasiuk „Świnia” był wtedy w zarówno w  Częstochowie, jak i w Ostródzie i Zbicznie. W październiku 1977 roku sam Szpaku zorganizował zlot hippisowski w miejscu piastowym. Szpak do dziś takich zlotów zorganizował ok. 250. Odtąd Szpaku wyraźnie zaczął przejmować inicjatywę w ruchu.

-

W 1978 roku hippisi wrócili na pola tam, gdzie odbył się pierwszy zlot 1971 roku. Tym razem milicja nie interweniowała, ponieważ Szpaku rozciągnął nad nimi swój parasol ochronny wyjaśniając milicji, że on sprawuje nad nimi posługę duszpasterską. I to uchroniło hippisów od represji. Władze nie chciały zadzierać z Kościołem, ponieważ nasilały się coraz bardziej działania opozycji demokratycznej. Było to już po słynnych strajkach w Radomiu i Ursusie niemniej, gdyby wtedy Szpaku nie rozpiął nad nimi parasola ochronnego, to z hipami byłoby marnie, ponieważ przeciw hippisom byli wszyscy, dlatego nikt za nimi by się nie wstawił.

-

Od 1979 roku Szpaku zaczął organizować dla hippisów pielgrzymki. Odtąd odbywały się pielgrzymki Szpakowskie oraz zloty w Częstochowie i w Olsztynie i pomniejsze w ciągu roku organizowane przez Szpaka w obiektach kościelnych i klasztornych w różnych częściach Polski. Te zyskały sobie miano szpakowisk.

 

Zlot w Foluszu koło Jasła w dniach 14-15 września 1985 roku.

 

img013

 

 

img015

Mateusz, to ten w czapce, wśród swoich

 

577995 215904231853202 1573753405 n

 

 Po lewej: Dino - Wojciech Żmudziński, czołowa postać ruchu hippisowskiego w Białymstoku. Tarzan w swojej książce "Mistycy i Narkomani" pisze o nim, jako o kleryku "Jakubie". Dino był współuczestnikiem zlotu w Foluszu

 

img014

 

 

550096 216807885096170 720457756 n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Według relacji Dina zlot ten miał skrzyknąć Mateusz. Ponad kilometr hippisi szli do miejsca celu

na kolanach. Może z wyjątkiem jednego, co widać na zdjęciu, po czym ludzie padają sobie w ramiona, są bardzo wzruszeni, niektórzy płaczą, ale są to łzy radości. Przy ognisku całą noc snują plany dalszej wspólnej drogi z Chrystusem.

 

Podobno Mateusz był bardzo religijny. Miał też mieć swoją grupę, do której miał też należeć Dylan. Pamiętam, jak Szpaku na stronie Cygana w 2008 roku kanonizował Dylana, czym wywołał wielką burzę. Szczególnie mocno protestowała Ania z Warszawy, która twierdziła, że Dylan nie darował żadnej dziewczynie, jeśli tylko wpadła mu w oko. A może potem się nawrócił (?). Hm...

 

img012
Na zdjęciu Dylan i Filip wymieniają między sobą uśmiechy.

 

 

Po 1985 roku z racji na zabudowę byłych pól przyklasztornych na cele pielgrzymkowe hippisi zostali wyparci i nie mieli już „swojego” miejsca, gdzie mogliby odbywać zloty. Po Szpakowskiej pielgrzymce korzystają z terenu na równych zasadach z innymi pielgrzymkami.

-

Odtąd pielgrzymki szpakowskie będą zastępować zloty częstochowskie, natomiast zloty w Olsztynie będą starały się zachować charakter zlotów z okresu przedszpakowskiego. W środowisku hippisów przedszpakowskich aktywizuje się ostry nurt antykatolicki i w ogóle antychrześcijański.   Ostrze jego w pierwszym rzędzie było wymierzone w Szpaka. Szczególnie dało ono o sobie znać z upowszechnieniem Internetu. Odtąd Szpaku będąc permanentnie atakowany, czy wprost: kamienowany, że użyję takiej metafory, na stronie Cygana przez nurt antychrześcijański, był zmuszony do założenia własnej witryny http://DoZiemiObiecanej.pl/.

 

Powstała też strona nibyhippisowska, która w rzeczywistości jest tylko przedłużeniem wpływów partii politycznej Palikota, a z hippisami ma niewiele wspólnego.

 

Nie sposób pisać o ruchu hippisowskim w Polsce z pominięciem roli, jaką w nim odegrał ks. Andrzej Szpak. Z hippisami zetknął się w 1975 r. we Wrocławju. Natomiast na zlot hippisów po raz pierwszy zawitał w 1976 roku, który odbywał się na Jasnej Górze. Andrzej pojawił się na nim z gitarą w jeansach i kraciastej flanelowej koszuli. Miał bujną, rozwichrzoną czuprynę. Wyglądał imponująco. Wtedy odprawił dla hipów pierwszą mszę.

Odtąd jego msze na zlotach stały się tradycją. Różniły się one od mszy „normalnych”. Te trwały nieraz całymi godzinami. Pozwalał w nich przemawiać ludziom, przez co stały się one mocnym czynnikiem integrującym. Niebawem szpakowskie pielgrzymki stały się synonimem ruchu. Dziś trudno w kategoriach absolutnych ocenić, czy ruch hippisowski przetrwał by do dziś, gdyby nie pojawił się w nim Szpaku, który być może pomógł mu przetrwać. Patrząc jednak z drugiej strony, to możnaby pokusić się o stwierdzenie, że w jakiś sposób go też zawłaszczył, burząc w nim idee hippisowskie na rzecz poglądów drobnomieszczańskich, które autentyczni hippisi odrzucili.

 

Jacy są dziś szpakowscy hippisi?

Kiedy rozmawiałem z nimi, zwracali się do mnie per „pan”. Czułem się zażenowany, kiedy oni grzecznie wyjaśniali mi, że zwracają się do mnie na „pan” przez szacunek.

Pomyślałem sobie: kto ich tak nauczył? Kto z powrotem wzniósł bariery dzielące ludzi, które my kiedyś myśmy zburzyliśmy?

Wybrałem się na Szpakowski zlot. Odbywał się w kościele u franciszkanów w Warszawie przy ul. Woronicza naprzeciw gmachu telewizji. Szpaku przyjechał ze swoim Sacrosongiem. Wyglądali bardzo porządnie. W pozostałej części kościoła pozwolono zebrać się hippisom.

Zlot rozpoczął Szpaku od powitania zaproszonych gości. A byli nimi profesorowie, redaktorzy, ludzie mediów, artyści, uczeni. Witał, wymieniając ich wszystkie tytuły, po czym przedstawił im hippisów mówiąc, że oni też w przyszłości będą jeszcze ludźmi, tzn. lekarzami, architektami, inżynierami, naukowcami czy artystami. Słysząc to poczułem się skonsternowany. Czyżby Szpaku zapomniał, że aby być człowiekiem, wystarczy się tylko nim urodzić?

 

Szpaku ogłosił też nową miarę hippisa. Że hippis tak, ale z legitymacją studencką. No to ładnie, tylko co z tymi, którzy nie są zdolni, lub biedni i nie stać ich na studia? Czy przez to są gorsi?”. Jak to ma się do powiedzenia hippisowskiego, że kochamy ludzi nie za to, kim są, ale za to, że są.

 

szpakszpak1

Młodzież Różnych Dróg na dniach kultury hippisowskiej

 

W 2012 roku hippisi po raz pierwszy obchodzili dni kultury. A jak kultura, to kultura. Był stół prezydialny, za nim Szpak w garniturze, obok niego siedząca w schludnie uszytej sukience, to pewnie pani prelegentka. Był też zaproszony pan burmistrz, który w wygłoszonym referacie powiedział, że on też coś kiedyś słyszał, że gdzieś tam jacyś… właśnie tak jak państwo tu zebrani… etc. Można się wzruszyć.

img011

Po lewej: komuna Wieśka na Caryńskim w Bieszczadach w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia

 

 

Jeśli chodzi o zloty olsztyńskie, to dawno tam nie byłem. To, co się teraz na nich dzieje, znam tylko z relacji innych. W 2002 roku namówiłem Proroka, Józefa Pyrza, żeby się tam wybrał . Więc pojechał nań samochodem, ale nie wysiadł z niego. Przeraził go widok pijących wódkę zlotowiczów. Popatrzył, popatrzył i odjechał. Tyle powiedział mi, kiedy potem spytałem się go, czy był na zlocie.

Podobną historię o zlocie Opowiedział mi Zenek Wskazówa. Zamieściłem ją w Różnych Drogach.

Szpaku zaś, dzieląc się ze mną swoimi impresjami na temat tego, co tam zobaczył, powiedział mi, że nie był zachwycony widokiem  "zaminowanego"  przez hippisów pola - z braku latryn - przed klasztorem sióstr zakonnych.

 

W 2011 roku, podczas zlotu zatelefonowałem do Wskazówy. Zenek tymczasem wybrał się z Krasnalem – sufim, czyli Mirkiem S. zwiedzać groty. Zapytał się mnie, czy jestem może na zlocie. Odpowiedziałem, że nie. Na co on: „Jasio, to może i lepiej, że nie przyjechałeś - bo poza kilkoma naszymi ludźmi - do Olsztyna zjechało się dużo chuligaństwa."

Rozmawiałem też z Belfegorem na temat olsztyńskich zlotów. Powiedział mi, że obecnie nie nazywałby ich zlotami, a raczej spotkaniami znajomych.

 

A. Bojarska w studiu pt. „Krach fałszywego mitu” napisała: „Z kochających ludzi, zwierzęta i rośliny, dzieci – kwiatu, powstał w Polsce agresywny, histeryczny i prymitywny lump, narkotyzujący się, czy raczej zatruwający się, czym popadnie.”

Natomiast Marek Kotański tak stwierdza: „Ruch hippisowski był forpocztą narkomanii… Wywołał wiele emocji… Zaczyna się od opowiadania o tym, co można by zrobić, a wszystko kończy się na długich, jałowych dyskusjach, pełnych utyskiwania i pretensji, trochę frazesów, kolorowe wdzianka, przepaska na czoło i filozofia pod narkotyk.
Polscy hippisi w ogromnej większości są pozerami, z których wielu w krótkim czasie popada w narkomanię. Idą jak ćmy do ognia i palą swe młodzieńcze skrzydła.”.

 

Dlatego hippizm w takim wydaniu od samego początku wybitnie mi nie leżał.
Natomiast nadal widzę możliwość odrodzenia hippisowskiego ruchu w przepięknej chrześcijańskiej wersji, którą proponuję.

Ci, którzy chcą kontynuować w dotychczasowej formie, niech kontynuują.

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=wT_ObQMSs3U

http://www.youtube.com/watch?v=DpLYb-iMhlk